Login to your account

Login *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz swoje konto

Pola oznaczone * są obowiązkowe..
Imię i nazwisko *
Login *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Antyspam *

    Ambona młodych

    To miejsce czeka na Ciebie! Zarejestruj się i bądź prawdziwym redaktorem :-)
    Stwórz swój profil i umieszczaj na nim artykuły w czterech kategoriach: Oto Ja; Kościół; Świat; Rodzina.
    Podziel się swoim zdaniem z innymi!

    Dam sobie radę

    okladka2
    Znacie to? Ja też. Doskonale znam. Przecież jestem samodzielna. Sama i dzielna. Powtarzam to sobie za każdym razem, kiedy moje wnętrze krzyczy: ratunku! Powtarzam to każdemu, kto wyciąga pomocną dłoń. Powtarzam to Panu Bogu, gdy doskonale wiem, że lecę w dół. Dlaczego? No właśnie… Iluzja to problem… 


    Są takie sprawy, problemy, które wydają się nie do pokonania, których rozwiązanie przerasta moje możliwości, których skala przytłacza, bardzo przytłacza. I jestem w tym zupełnie sama (a przynajmniej tak mi się wydaje). I co wtedy? Jak to co? Robię swoje! Biorę się do ogarniania nieogarniętego, czytania stosu książek odłożonych „na później", sprzątania w pokoju, nadrabiania zaległości filmowych, pełnego namaszczenia owijania się w kocyk i studiowania pęknięć na suficie/ rys na podłodze, wpadam w ciąg imprez, angażuję się gdzie mogę, jeszcze tylko pozamiatam pustynię i… I nic! Żyję tak, żeby nie myśleć. Na jakiś czas pomaga, oczywiście. Kiedy każdy dzień jest tak napakowany iluzorycznym „dzianiem się", to w końcu mój system nerwowy odmawia współpracy z resztą ciała i pozostaje jedno – łzy. A przecież od nich mogłam zacząć. Bo czasami trzeba dać sobie prawo do tego, żeby opłakać sytuację, pozbierać myśli i wtedy zastanowić się – co dalej? Nie można uciekać i nie można też banalizować. Ktoś bliski czasami przypomina mi, że przez długi czas o Rzeczach Bardzo Trudnych i Poważnych, które działy się w moim życiu, zawsze mówiłam w tonie żartobliwym. Powoli uczę się to zmieniać, przyznawać, że boli, że sobie nie radzę, że potrzebuję kogoś obok, nawet pozwalam sobie na płacz (nie tylko w samotności!). I na pewno nie jest tak, że wszystko natychmiast się rozjaśni, ale dopuszczając do siebie odrobinę bezradności, zdejmuję też część ciężaru i mam w końcu siłę, by szukać rozwiązania.


    Nie samym sobą żyje człowiek 

    Czasami trzeba pozwolić innym, żeby pokazali, że nas kochają. Trzeba o to poprosić. Trudne, wiem. Na portalach społecznościowych mam setki znajomych, w telefonie dziesiątki numerów, trudno mi przejść przez centrum mojego miasta i nie spotkać kogoś znajomego. Lata aktywności wszelakich nie poszły na marne – i co z tego? I dalej nic! Z jednej strony dobrze jest zatrzymać się, pogadać przez kilka chwil, wymienić zdawkowe informacje, napisać wiadomość z życzeniami; z drugiej: naprawdę na tym polegają relacje? Nie chodzi jednak o to, bym do swoich najbardziej intymnych, wewnętrznych przestrzeni wpuszczała każdego, kto z grzeczności okaże zainteresowanie, ale czy wszystkich muszę zbywać zwyczajowym „u mnie dobrze, a co u ciebie?". Są w moim życiu ludzie, co do których mam pewność, że odbiorą telefon nawet w  środku nocy, wysłuchają gadanych przeze mnie głupot, postarają się wytłumaczyć, a kiedy po kilku dniach będę ich przepraszała za ten niespodziewany wyczyn, jeszcze mi podziękują za zaufanie. I to jest to! Żeby wiedzieć, że można, że nawet ja mam prawo do tego, żeby mieć zły dzień, że są sprawy z którymi sama sobie nie poradzę. To kolejna niełatwa lekcja. Pokazywanie swojej słabości, to najtrudniejsze co zdarza mi się robić, choć już dociera do mnie, że obraz „mnie idealnej" istnieje tylko w mojej głowie. Czyjś świat nie runie, jeśli okaże się, że ja nie radzę sobie ze swoim. Może i z tego będzie coś dobrego? Jakim cudem? Skoro ja nie silę się na bycie perfekcyjną pod każdym względem, to może ktoś też sobie na to pozwoli i przyzna, że w jego życiu nie jest tak różowo jak się wszystkim wydaje. To jest naprawdę bardzo ważny krok.


    Psalm 139 

    Ludzie zawodzą – to jasne. Ja samą siebie – też. A Pan Bóg? Od małego ciągle słyszałam, że absolutnie nie, że zawsze mogę na Niego liczyć, że jest, że się troszczy. Tyle przekazów – co z doświadczeniem? Jest różnie. Czasami wydaje mi się, że zupełnie nie obchodzi Go moje istnienie, że doskonale bawi się patrząc na to, jak się w życiu szamoczę, upadam i nie mam siły się podnieść. Bardziej jednak chcę wierzyć w to, że On czeka, że jest na wyciągnięcie ręki, że szanuje moją wolność i nie zrobi nic żeby ją złamać. Ale przy tym robi też wszystko – stawia na mojej drodze wyjątkowych ludzi, daje czas i przestrzeń na rozmowy, odległości, które da się pokonać, małe radości. I kiedy już w końcu zaczynam rozumieć, że „nie dam sobie rady", że aby od-żyć potrzebuję poczuć miłość, to odzyskuję spokój. I wtedy RAZEM możemy odbudowywać to wszystko, co runęło.

     

    Katarzyna Kusy nieustannie uczy się kochać, poszukuje radości w drobiazgach i zachwytów w codzienności.

    Tekst ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika "Wzrastanie"

    Oceń ten wpis:
    O schabowym i trochę o ŚDM
    Wielka Noc

    Related Posts

     

    Komentarze

    Brak komentarzy
    Already Registered? Login Here
    Gość
    środa, 25, kwiecień 2018
    If you'd like to register, please fill in the username, password and name fields.