Login to your account

Login *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz swoje konto

Pola oznaczone * są obowiązkowe..
Imię i nazwisko *
Login *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Antyspam *

    Ambona młodych

    To miejsce czeka na Ciebie! Zarejestruj się i bądź prawdziwym redaktorem :-)
    Stwórz swój profil i umieszczaj na nim artykuły w czterech kategoriach: Oto Ja; Kościół; Świat; Rodzina.
    Podziel się swoim zdaniem z innymi!

    Wielka Noc

    okladka-popieluszko55

    Wielka Noc jest wielka nie tylko z tego powodu, że kończy się zmartwychwstaniem. Jest też wielka z tego powodu, że jej ciemności są nieprzeniknione, a przejść przez nią może tylko ten, kto chodzi po wodzie. Wody w symbolice biblijnej oznaczały ciemność i śmierć. Zapewne łatwiej chodzi się po wodzie, kiedy nie umie się pływać. Alek nie umiał pływać.

     

    ZA SŁABY NA BOHATERA 

    Był chudy, wstydliwy, do tego miał na imię Alfons. Urodził się kilka lat po wojnie w małej wsi niedaleko Białegostoku. Wieś była na tyle mała, że nie było w niej kościoła ani prądu. Do matury uczył się więc przy lampie naftowej, a do kościoła chodził na piechotę, codziennie po parę kilometrów. Zapewne nie z powodu braku prądu uczył się średnio, po prostu nie miał specjalnych talentów. Nie miał też wielu kolegów, a koleżanki miał tyle o ile. Zachowywał do nich dystans. Pewnie się wstydził. Mimo wszystko Alek był optymistą i po swojemu lubił to, co miał. Miał zasady wpojone przez matkę, że Boga i ludzi się szanuje. Miał dom i pamięć rodzinną, a w niej historię wuja, partyzanta, który mimo przegranej wojny się nie poddał i został zabity po wojnie przez NKWD. Miał też życiowe zamiłowanie. „Chcę zostać księdzem, ponieważ mam zamiłowanie do tego zawodu" napisał na podaniu do seminarium.

     

    GRANICA WYTRZYMAŁOŚCI 

    Obwiązywali go sznurem i wrzucali do wody… jak się topił, to wyciągali, i znowu. Tak było w wojsku, od którego zaczęła się jego seminaryjna edukacja. Klerycy według zarządzenia komunistycznych władz musieli pod przymusem iść na dwa lata do wojska. Chodziło o to, żeby przetasować im w głowie życiowe wybory. Prowadzano ich na frywolne przedstawienia, wtłukiwano im do głowy cytaty z marksistów i męczono wielogodzinnymi politycznymi pogadankami. Wodę, sznur i pogadanki można było znieść. Granica wytrzymałości dla Alka leżała
    gdzie indziej. „Zdejmij z palca różaniec!" – rozkazał kapral, a potem oficer polityczny. „Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że akurat jestem ja, bo może ktoś inny by się złamał i jeszcze innych wkopał" – lakonicznie zapisał kleryk Alek w liście do seminaryjnego kierownika duchowego. Różańca nie oddał, nie odda też krzyżyka na łańcuszku. Nie był cierpiętnikiem. Wkurzało go jednak to, że ktoś robi zamach na to, co jest dla niego bezcenne. Za karę stał godzinami w zimę na kamiennej podłodze w pełnym wojskowym rynsztunku, w masce gazowej, słuchał obelg, biegał do utraty tchu na nocnych ćwiczeniach. Dwa lata nie jeździł na przepustki. Niewielu było wtedy tak gnębionych chłopaków. Prawdopodobnie tam, z nudów i z nerwów zaczął palić. Przeszedł przez wojsko bez depresji, ale z uszczerbkiem na zdrowiu fizycznym. Niedługo później ujawniła się u niego choroba tarczycy i anemia, przez co był za słaby nawet na to, żeby być normalnym wikarym.

     

    FAJNE ŻYCIE 

    Jeszcze przed końcem seminarium przestał być Alkiem, a stał się Jurkiem. Zdał sobie sprawę z tego, że imię Alfons w Warszawie brzmi głupio i będzie mu przeszkadzało w byciu księdzem. Zmienił więc imię na Jerzy. Tuż po święceniach z przyjacielem przyrzekli sobie, że nie będą „klechami", tzn. dobrze ubranymi, zajętymi sobą, nie mającymi czasu dla innych księżmi. Jurek z powodu słabego zdrowia wędrował po niedużych podwarszawskich parafiach. Bał się mówić kazania, a jeśli już je mówił, mówił przeciętnie. W ogóle większość rzeczy
    robił przeciętnie, jego przyjaciele nie pamiętają, żeby czymś szczególnym się wyróżniał. Miał jeden niezaprzeczalny talent. Wszędzie, gdzie się pojawiał, skupiał wokół siebie ludzi. Miał coraz więcej przyjaciół, chrzcił, udzielał ślubów, ale też wpadał pograć w warcaby, na obiad, pogadać. Do tego pomagał. Oddawał, co miał, a miał różne rzeczy, bo wiele dostawał. Chciało się z nim być. Może dla tego, że był prosty, nie za wiele gadał i cieszył się życiem. Lubił też podróżować. Któregoś lata pojechał sam samochodem przez Czechosłowację, Austrię, Jugosławię, dzisiejszą Chorwację, Bułgarię i dalej, do Polski. Spał często w aucie i jadł byle co. Uwielbiał samochody. Podróżował też czterokrotnie do Stanów Zjednoczonych, do ciotki. Słabo znał język, ale nie miał kompleksów. Podczas zakończenia Kongresu Eucharystycznego w Filadelfii z powodu braku znajomości angielskiego znalazł się na trybunie, na której zasiadali kardynałowie i tam został. Jurek lubił też nowinki techniczne. Jako jeden z pierwszych miał odtwarzacz VHS. Dziś pewnie nie wypuszczałby z ręki smartfona.

     

     SOLIDARNOŚĆ

    Po zmianie kilku parafii Jurek wylądował jako rezydent w Warszawie na Żoliborzu u św. Stanisława Kostki. To był czas Solidarności, rok 1980. W Hucie Warszawa strajkowali robotnicy, którzy chcieli, żeby jakiś ksiądz odprawił Mszę Świętą na terenie okupowanego zakładu. W poszukiwaniu kapłana przyjechali do kościoła na Żoliborzu, a akurat on jedyny z księży miał czas. Ten dzień zaważył na całym jego życiu. Robotnicy, ludzie prości i szczerzy, potrzebowali nadziei – a on, sam prosty i szczery, tę nadzieję miał. Zrozumieli się od razu. W krótkim czasie został duszpasterzem Solidarności. Słowo Solidarność dzięki niemu nabrało nowego sensu, nie chodziło tylko o prawa, chodziło o ludzką godność, która w czasie PRL-u była szargana. Najbardziej jednak szargana była po wprowadzeniu stanu wojennego. Wielu jego przyjaciół z Solidarności znalazło się w więzieniach. Jurek natychmiast zaczął organizować dla nich pomoc. Oddawał, co miał, robił listy potrzebujących i wysyłał do więzień setki paczek, a od więźniów dostawał grypsy. Chodził na rozprawy sądowe oskarżonych w procesach politycznych. Wierzył, że doda aresztowanym sił, a w sędziach widok księdza obudzi sumienie. Podczas jednej z rozpraw sądowych poczuł się źle i wybiegł z sali. Powiedział potem, że uciekł przed nienawiścią.

    GŁOS

    Nienawiść zawsze jest trucizną. On to wiedział. W kościele św. Stanisława Kostki w stanie wojennym zaczęto co miesiąc organizować Msze za Ojczyznę, podczas których głosił homilie. Modlono się o przebaczenie i uwolnienie od nienawiści, a także za więzionych, za tych, którzy nie mieli nadziei i tych, którzy się bali, a lęk był powszechny. Ci, którzy go znali, mówili, że Jerzy się zmienił. Może to przez odpowiedzialność, jaką przyjął za innych, może przez to, że odnalazł życiową misję. Jego głos był inny niż dotychczas, stał się głęboki i bardzo silny. Tym głosem wypalał w sercach nienawiść i zachęcał do przebaczenia. Ten głos ściągał na Msze za Ojczyznę już nie setki jak na początku, ale tysiące ludzi, którzy wypełniali okoliczne ulice i park. Ten głos wiercił też dziurę w systemie komunistycznym, który ulegał erozji.

     

    BARIERA STRACHU

    System nie przebaczał. W otoczeniu Jerzego pojawiali się więc donosiciele, zakładano mu podsłuchy, był nieustannie śledzony. Dzwoniono do niego w nocy z pogróżkami, przysyłano listy z życzeniami śmierci. Wreszcie urządzono prowokację, zniesławiano go w mediach, ciągano go po sądach, a nawet zamknięto w więzieniu. Kiedy z niego wyszedł, cieszył się jak dziecko, że wyspowiadał współwięźniów. Kiedy była zima, pilnującym go agentom bezpieki nosił herbatę w termosie. Nie był naiwny. Odróżniał zło od człowieka. Jego wrogowie nie odróżniali nawet zła od dobra. Jego życie stawało się coraz trudniejsze. Coraz więcej palił, z czym zresztą krył się przed siostrą, która pracowała na plebanii. Przyjaciele bali się o Jerzego. Czuwali nocami pod plebanią, w której mieszkał, podróżowali z nim, wprowadzali w błąd śledzących go tajniaków. Próbowali nawet skłonić kardynała Glempa, żeby wysłał go za granicę na studia. Jerzy odmówił, tak jak odmówił w wojsku zdjęcia różańca. Ktoś go zapytał, czy się boi… powiedział, że przekroczył barierę strachu. Chodził po wodzie wiedząc, że Bóg jest Panem wody i dokąd Bóg będzie chciał, Jurek będzie szedł.

    WODA I SZNUR 

    „Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci, tylko plewy nic nie kosztują." To ostatnie publiczne słowa, jakie wypowiedział Jerzy. Było to w Bydgoszczy, 19 października 1984 roku. Podczas drogi powrotnej, w nocy, został zatrzymany, porwany, okrutnie pobity, związany sznurem i wrzucony do Wisły.

    ŚWIATŁO 

    Na pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki przyszło milion osób. Do dziś, do jego grobu, który znajduje się przy kościele na warszawskim Żoliborzu, przybyło ponad 20 milionów osób z ponad 130 krajów. Wśród nich był papież, ponad 200 biskupów i kilkunastu prezydentów. W 2010 roku ks. Jerzy został ogłoszony błogosławionym a obecnie trwa jego proces kanonizacyjny. Jurkowi by się nie podobało, gdybyśmy teraz wpadli w patos. To, że wdrapał się z powodu nieznajomości angielskiego na trybunę, na której siedzieli kardynałowie – nie zrobiło z niego kardynała. Przeszedł przez swoją Wielką Noc jako chłopak z Podlasia, który nie był szczególnie utalentowany i lubił jeździć samochodem. Poza tym kochał ludzi i odróżniał zło od człowieka. Pamiętał też, czego uczyła go matka i nie chciał zdjąć różańca, kiedy ktoś się na niego głupio uwziął. Czego nie miał – to dostał. Co dostał – to oddał. Żył jak chciał, odszedł, jak chciał Bóg. Przeszedł przez noc bo świecił wewnętrznym, jasnym światłem zmartwychwstania. Jurek… byś wpadł na kolację. Pogadamy…

     

    Paweł Kęska, teolog, historyk sztuki, absolwent Europejskiej Akademii Fotografii, producent, wydawca, reportażysta i prezenter radiowy. Prowadzi projekty rozwoju Muzeum, Ośrodka Dokumentacji i Sanktuarium Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki.

    Zdjęcia pochodzą z archiwum Muzeum, Ośrodka Dokumentacji i Sanktuarium Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki.

    Tekst ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika "Wzrastanie"

    Oceń ten wpis:
    Dam sobie radę
    Modlitewna sztafeta "Młodzież za Synod"

    Related Posts

     

    Komentarze

    Brak komentarzy
    Already Registered? Login Here
    Gość
    środa, 25, kwiecień 2018
    If you'd like to register, please fill in the username, password and name fields.